Na swoich social mediach wspominałam już o tym, jak traumatyczne doświadczenia miałam zawsze z górami. Byłam niedoścignioną zwolenniczką morza, lasów, jezior, ale nie gór. Nie rozumiałam ich, traktowałam jak wroga, który za każdym razem gdy do niego podchodziłam, sprawiał mi ból, strach i cierpienie.
Ten weekend zmienił wszystko.
To nie było proste przekonać mnie, abym spróbowała wejść na swój pierwszy szczyt. Doskonale o tym wie Bartek, który odkąd się znamy, próbował tego na wiele różnych sposobów.
W górach zawsze bywałam zimą albo w deszczowe chłodne miesiące. Na szkolnych wycieczkach chodziłam dużo po górach, ale niestety dziś nie pamiętam żadnych widoków zapierających dech w piersiach. W pamięci po tamtych czasach zostały mi jedynie łzy, pot, ból i zmęczenie. Sporty zimowe także okazały się nie być dla mnie. Po tych wielu nieprzyjemnych doświadczeniach postawiłam krzyżyk na górach.
To mój błąd, że nie dałam im szans w cieplejsze miesiące.
Szukanie równowagi w górach
Co prawda teraz mamy jesień, ale brak śniegu i deszczu wyjątkowo zmienił postać gór. Stały się bardziej przyjazne, pomocne w pokonaniu swojego wewnętrznego lęku i zarazem w pokonaniu drogi na szczyt.
W ostatnim czasie, kiedy cały czas na nowo poszukuję balansu między światem wirtualnym a rzeczywistym, doznaję coraz więcej spokoju i radości w prostych, codziennych czynnościach. Każda chwila poza siecią udowadnia mi jaki świat jest piękny.
To ważne, bo kiedy jestem w sieci i widzę tak dużo bólu, złości, nienawiści i braku empatii, dla zrównoważenia potrzebuję więc więcej chwil w świecie realnym, wśród bliskich mi osób, aby zobaczyć, że dobro też istnieje. Cały czas. Niezmiennie.
I gdzieś między tym poszukiwaniem równowagi, zgodziłam się podjąć ostatnią próbę zaprzyjaźnienia się z górami. I jeden weekend wystarczył, bym znalazła kilka powodów, dla których chciałabym to powtórzyć. Kilka powodów, dzięki którym polubiłam góry. Tak zwyczajnie, poczułam się ich częścią.
Góry, a poczucie własnej wartości
Przede wszystkim po powrocie do Łodzi, dostrzegłam, jak wspinanie się na szczyty gór, buduje poczucie własnej wartości. Zawsze było wręcz odwrotnie. Kiedy próbowałam jakiegoś działania związanego z górami, kończyło się to poddaniem. Teraz zobaczyłam, że wystarczy dać sobie szansę i po prostu dobrze się do tego przygotować (buty mają tu ogromne znaczenie). Zrobić to przede wszystkim po swojemu, we własnym tempie i z własnej chęci. Nie pod namową czy przymusem.
I nie przeszkadzało mi nawet to, że inni pokonują daną trasę 3 razy szybciej, że szczyt, który zdobyłam, w sieci skategoryzowany jest jako „bardzo łatwy”, że inni wspinają się na wyższe góry, bardziej wymagające, na których są łańcuchy, drabiny, szczeliny i inne przeszkody, które dzisiaj wydają mi się nie do pokonania (ale może kiedyś?).
Mimo wszystko nie zatrzymuje mnie to, żeby zdobywać kolejne szczyty, na które dzisiaj jestem gotowa. A jestem gotowa na więcej. Więcej tych „bardzo łatwych” szlaków. „Bardzo łatwych” w opinii publicznej, bo przecież nikt nie wie ile mnie samej kosztowało pokonanie tych kilku kilometrów w górę.
Wiem, że to co dla jednego jest sufitem, dla innego może być podłogą, więc nie czuję się przez to gorsza. Każdy z nas jest inny.
Może te trasy nie są bardzo trudne wydolnościowo, czy kondycyjnie (chociaż i tutaj jest dla mnie sporo do nadrobienia), ale pokonanie swoich wewnętrznych demonów związanych z górami to już nie taka prosta sprawa. A sytuacji nie ułatwia to, że przed sobą masz szczyt, ale pod sobą już przepaść.
I to, że udało mi się to zrobić i to dość spokojnie (do dziś jak komuś opowiadam o tym weekendzie, to zawsze dodaje „… i nawet nie płakałam” :D, a Bartek dodaje „… przede wszystkim w ogóle nie marudziłaś” :D) jest dla mnie sukcesem.
I to napełniło mnie pozytywną energią i podniosło samoocenę o jeden stopień wyżej. :)
Góry, a ludzie
Jednak wzmocnienie poczucia własnej wartości to tylko jeden z powodów, dla których polubiłam góry.
Drugim są ludzie. Ludzie, których spotykaliśmy na szlaku, którzy potrafili uszanować dzikość natury i miejsca, w którym się znajdują. Osoby uśmiechnięte, które na trasie życzyły sobie powodzenia. Wszyscy Ci, których łączy wspólna pasja i są gotowi sobie pomóc. Miło było choć przez chwilę poczuć się ich częścią.
Ostatnio dużo mówię Wam o spokoju i równowadze, bo to coś, czego ciągle poszukuje w swojej codzienności – i góry dają to 3 razy bardziej niż zgiełk miasta, który przecież tez kocham i umiem się w nim odnaleźć i wyciszyć.
Jednak to zasypanie nad szumiącym potokiem, pierwsza poranna herbata z górami w tle i wyjście z domu, żeby zaraz kilka kroków dalej być w parku narodowych wśród dzikości – jest spokojem sam w sobie. Bez zbędnych dodatków. Tam nie trzeba martwić się o makijaż, czyste buty i dobór kolorystyczny. Przede wszystkim ma być wygodnie, ciepło i bezpiecznie… czyli tak jak w życiu lubię. :)





