Świat się zmienia. Tak szybko się zmienia, że mam poczucie, iż nawet moja mama nie zrozumiałaby problemów, z jakimi zmaga się umysł człowieka z pokolenia nowoczesnych technologii.


Ja urodziłam się, zanim jeszcze Internet był powszechnie dostępny. Dorastałam będąc świadkiem jak rodzi i pojawia się w domach, dzieląc ludzkość na tych, którzy mają już łącze internetowe i na tych, którzy go nie mają. Pamiętam tę ciekawość, książki w domu o Internecie i zastanawianie się, co to za wynalazek i w czym może mi pomóc. Jak dziś pamiętam stanie w kolejce do osiedlowej kawiarenki internetowej, pierwsze próby łączenia się z Internetem w domu (trochę to trwało) i liczenie każdej minuty spędzanej w sieci, bo Internet nie był wtedy nielimitowany.

I mimo tego, że to wszystko pamiętam, nie oznacza, że nie dałam się ponieść szaleństwu nielimitowanego dostępu do sieci.

Internet – miejsce pracy i rozrywki

Nie odkryję Ameryki pisząc, że Internet to miejsce pełne możliwości i zagrożeń. Ten temat poruszałam pośrednio we wpisie: Ile jesteśmy w stanie zrobić w sieci? Jeśli go nie czytałeś, polecam Ci bardzo, bo czuję, że cały czas poszerzamy tę granicę, co nie jest dobre.

Jesteśmy teraz w momencie, że wielu z nas Internet traktuje jako coś oczywistego. Miejsce spotkań, rozmów, spędzania wolnego czasu, miejsce pracy. Ja jednak lubię przypominać sobie czasy sprzed Internetu i wspominać, jak wtedy spędzało się wolny czas, a jak dzięki nudzie znajdywało się nowe pasje, bo sięgało się po to, co podpowiadało serce, a nie po to, co było na wyciągnięcie ręki: czyli szybkie emocje, jakie daje sieć. Internet nas w tej kwestii rozleniwił.

Dzisiaj, kiedy Internet jest moim miejscem pracy, zaczęłam mieć problemy, które być może części z Was nie są obce. Internet zaczął mnie przytłaczać. Mimo iż stał się moją przepustką do robienia tego, co kocham, zarazem mnie uwięził. Świadoma jednak tego, mogę coś z tym zrobić – mogę naszą relację uzdrowić. Dlatego w tym roku zdecydowałam się raz w miesiącu robić sobie kilkudniowe (3, 4 dni) przerwy. Jestem wtedy zupełnie offline.

Kilka dni offline raz w miesiącu

A zaczęło się od 2020 roku i Festiwalu Wibracje, gdzie pierwszy raz zrobiłam sobie taką dłuższą przerwę od sieci. Na festiwalu skupiłam się na jodze, medytacji, wykładach duchowych, co jeszcze bardziej wzmocniło efekt tej przerwy. Czułam, że odłączyłam się od jakiegoś alternatywnego świata tworzonego przez innych. Alternatywnego, gdzie każdy w jakiś sposób pisze o sobie opowieść, w taki sposób, w jaki chce być widziany.

Na Festiwalu byłam wśród prawdziwych ludzi, tu i teraz, i nie potrzebowałam innego świata. Ten był idealny w swej prostocie. Co więcej do sieci podłączyłam się wtedy z zupełnie inną energią i postrzeganiem tego, co tam znajduję. Zrozumiałam wtedy, że te przerwy muszę częściej powtarzać, bo ma to bardzo dobry wpływ na mnie, ale i na treści jakie tworzę.

By jednak o tym nie zapomnieć (kiedy pracujesz w sieci, łatwo wkręcić się w zadania, a czas ucieka jak szalony) postanowiłam sama przed sobą obiecać sobie, że każdego miesiąca, kiedy poczuję, że to dobry moment, będę robiła sobie kilkudniowe przerwy.

Zauważyłam też, że nie mam problemu z nadmiernym konsumowaniem treści w sieci. Większy problem mam z tym, że mam potrzebę ciągłego tworzenia i bycia w kontakcie z innymi.

Z jednej strony to uwielbiam i nie zamieniłabym na nic innego, a z drugiej to w jakiś sposób blokuje przepływ moich myśli i pomysłów. I ta przerwa jest mi potrzebna właśnie po to, by znów na spokojnie wrócić do myślenia o życiu.

Przerwa daje mi powiew świeżości

I super jest to, że właśnie to odłączenie sprawia, że w mojej głowie robi się przestrzeń i pojawia się tysiące nowych pomysłów. Pomysłów na swoje życie, na treści. Co przekłada się później na jeszcze ciekawsze rozmowy z Wami. I czuję to wewnętrznie, że te przerwy robią nie tylko dobrze mi, ale także moim obserwatorom.

Wiem tez, że jeden dzień w tygodniu nie dałby mi takiej przestrzeni dla siebie. Próbowałam wyłączać się tylko w niedziele, ale to była dla mnie za krótka przerwa. Dopiero kilkudniowe przerwy (minimum 3, 4 dni) dawały mi to poczucie luzu w głowie i poczucie większej przestrzeni na nowe.

Dopiero gdzieś drugiego dnia poza siecią czuję naładowywanie się swoją wewnętrzną energią, bez stymulowania zewnętrznymi bodźcami i sugerowania się czyjąś opinią czy oczekiwaniami. Bo czy tego chcemy czy nie, będąc w sieci i konsumując treści czy to rozrywkowe czy informacyjne, budujemy sobie jakiś światopogląd i naprawdę bardzo łatwo zapomnieć, że najważniejszy głos, którego powinniśmy słuchać jest w naszym sercu.


Dlatego dziś, jeżeli czujecie, że spędzacie dużo czasu w sieci (czy to w niej pracujecie, czy spędzacie tam wolny czas), spróbujcie zrobić sobie minimum 4 dni bez komputera i telefonu i zobaczcie co się dzieje z Waszym czasem.

Jest go więcej? Zapewne! Robi się przestrzeń na nudę? A jakże! Czy w nudzie możecie odnaleźć jakąś nową pasję? Pewnie! Czy łatwiej wsłuchać się w siebie, odłączając się od wszechobecnej opinii? No jasne! Czy odpowiedzi na wszystkie pytania są w Tobie, a nie w otoczeniu? Dokładnie tak!


Jeśli masz ochotę, zachęcam Cię do posłuchania mojego podcastu! W jednym z odcinków, mówię właśnie o praktykowaniu dni offline z uwzględnieniem biznesu online. Myślę, że jest ciekawym uzupełnieniem tego wpisu. :)

 

Poznaj mój podcast

„W głąb siebie” – Dagmara Sobczak

Przejdź do podcastu

Zostaw komentarz