Przejście na swoje to zawsze trudna decyzja dla młodego człowieka.
Jedni mówią, że łatwiej jest jeżeli z domu rodzinnego odchodzi się samemu, inni, że lepiej jest jednak zamieszkać z kimś.
Każda z tych opcji ma swoje plusy i minusy.
Jeżeli chcemy zamieszkać sami to sami jesteśmy sobie Panem. Nie musimy nikogo pytać o zdanie w kwestiach takich jak: w jaki sposób urządzić mieszkanie, jakie zrobić zakupy, kogo możemy zapraszać, a kogo nie. Nie musimy martwić się, czy komuś będą przeszkadzały nasze nawyki np. nocny tryb życia, słuchanie głośnej muzyki itd, itd. To jest zdecydowany plus.
Jednakże jeżeli decydujemy się na tą opcję to sami musimy pilnować opłat i innych spraw związanych z mieszkaniem. Nie możemy liczyć na nikogo innego. Sami też musimy zarobić na to, by się utrzymać.
Jeżeli jednak decydujemy się na mieszkanie z kimś, i nie ważne, czy jest to kolega ze studiów, przyjaciółka, czy parter życiowy, aby żyło się dobrze wszystko powinniśmy z tą osobą konsultować. Na pewno wiąże się to z wieloma wyrzeczeniami, czy kompromisami. Jednak jak wiadomo razem zawsze weselej. Szczególnie jeśli jesteśmy bliskimi sobie ludźmi i wiele nas łączy. Dużym plusem jest podział opłat, co wiąże się z większą ilością kasy w kieszeni.
Decyzja należy do nas.
Jednak nie o tym chciałam pisać.
Przejście na swoje- jak ono by nie wyglądało, psychicznie jest trudnym przeżyciem. Szczególnie dla osób, które w domu z wielu rzeczy były wyręczane przez rodziców.
Młody MĄDRY człowiek bardzo chce się usamodzielnić, ale gdzieś głęboko zadaje sobie pytanie: Czy na pewno sobie poradzę? Zaznaczam przymiotnik MĄDRY, ponieważ ten kto nie ma takich obaw, jest zwyczajnie życiowo niedoświadczony i niedojrzały.
Pytanie to niektórym spędza sen z powiek. Odpowiedź jednak jest banalnie prosta- nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz.
W głowie rodzi się wiele wątpliwości: czy będę potrafić rozporządzać pieniędzmi tak, że będzie mi starczało na wszystko? Czy nauczę się gotować, prać, sprzątać- (niepotrzebne skreślić), tak bym żył normalnie i mógł spokojnie zapraszać znajomych? Jak to zrobić, aby utrzeć nosa, tym którzy we mnie nie wierzą? Nie dać im satysfakcji, że sobie z czymś nie poradzę?
Ja odchodząc od domu rodzinnego stałam przed takimi pytaniami. Nie raz i nie dwa. Często słyszałam: dla kobiety jest to trudniejsze wyzwanie, niż dla mężczyzny. Nie wiem jednak, czy jestem w stanie się z tym zgodzić. Myślę, że zależy to od człowieka.
Jednak na pewno rodzi to wiele obaw.
Na samym początku wprowadzenia się do nowego mieszkania wpadłam w wir. Wir sprzątania, gotowania, kręcenia się ze ścierką, żeby tylko wszystko było idealnie. W końcu nigdy nie wiadomo, kto może Cię odwiedzić z zaskoczenia.
Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że przesadzam. Dla kogo ja to robię, dla siebie, czy dla innych?
Nic się nie stanie jak naczynia poleżą jeden dzień w zlewie, czy pranie jeden dzień w koszu. Nikt od tego nie ucierpi, a jednak kiedyś było to dla mnie nie do pomyślenia.
Dziś wiem, że wszystkie te obawy, które nosiłam w sobie przed przejściem na swoje- były tylko i wyłącznie we mnie. To ja postawiłam sobie tak wysoką poprzeczkę-i niepotrzebnie. Ważne to żyć po swojemu, w domu takim jak Tobie odpowiada, a nie martwić się co powiedzą inni. Teraz zamiast codziennie wycierać kurze, wolę poczytać sobie książkę, albo obejrzeć ulubiony serial z gorącą kawą w kubku.
To Ty masz mieszkać w tym domu. Ono jest dla Ciebie, a te wszystkie domowe obowiązki są naprawdę łatwe do ogarnięcia dla osób nie znających się na tym, szczególnie z pomocą Internetu- wystarczą chęci.
I naprawdę nie znam nikogo, kto żałowałby przejścia na swoje. Wydaje mi się, że to może dotyczyć jedynie osób straszliwie niesamodzielnych. Czasem wracamy do rodziców, zmieniamy partnera mieszkaniowego, ale to nie znaczy, że żałujemy decyzji, którą podjęliśmy.
Raczej dorośliśmy do innej.



