Nie jestem fanką seriali.

Generalnie tasiemce uważam za stratę mojego cennego czasu, którego z dnia na dzień mam coraz mniej (jak to jest w ogóle możliwe?) przez co, troszeczkę rzadziej piszę i mniej śpię. Więc gdyby do tego kołowrotka dodać jeszcze seriale,  nie miałabym czasu dosłownie na nic.

Ale…

jest jeden serial, który jest ze mną od 5 lat i dla którego zawsze znajdę czas, nawet jak go nie mam. Serial, który ze mną był, jest i wiem, że będzie mi towarzyszył zawsze. Fenomen mojego istnienia- dosłownie.

ONE TREE HILL

Tak, owszem- nie jest to gra o tron, nie są to także chirurdzy, ani przyjaciele, ani nic z tych seriali, w których wszyscy są tak mocno zakochani. Po prostu.

One Tree Hill (we wspaniałym tłumaczeniu na polski: Pogoda na miłość) zaczęłam oglądać na studiach. Poleciła mi go dobra koleżanka, dlatego zdecydowałam się trochę z nudów, trochę z ciekawości na to, by rozpocząć 1 sezon.

Sezon, które zmienił moje życie i pozwolił mi odkryć w sobie nieznane mi dotąd pokłady emocji.

Potrafiłam nie spać nocami, tylko po to by obejrzeć kolejny odcinek i kolejny i kolejny.

Fenomen seriali

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że One Tree Hill nie ma w sobie nic szczególnie wyróżniającego, nic wyjątkowego, jeżeli chodzi o fabułę, która mogłaby go wyróżniać na tle innych tasiemców.

Rzecz dzieje się w małym miasteczku, w którym przedstawione są perypetie grupy przyjaciół. Niby nic.  Ale jednak.

Fenomenem tego serialu, jest to, że ma bardzo mądre i głębokie przemyślenia. Każdy odcinek kończy się rozwalającą człowieka życiową puentą, przy której nie sposób nie zatrzymać się na chwilę. Co więcej, serial ten jest w taki sposób wyreżyserowany, że gra na emocjach widza, jak chce. Przynajmniej na moich. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, żaden film, czy serial nie wkradł się tak w moje serce, żaden z nich nie spowodował śmiechu, przeplatanego łzami.

Nie ma ani jednego odcinka, na którym bym nie płakała (może oprócz pierwszego;P), ale jest za to masa odcinków, na których płaczę po kilka razy, żeby za moment się znów śmiać, i znów płakać.

Nic mnie tak nie oczyszcza wewnętrznie, jak ten serial. Jak mam gorszy dzień- to jest najlepsze antidotum. Odtrutka na wszystko.

Again, again, again

Na studiach obejrzałam wszystkie sezony serialu. Mimo, że jest ich około 9, było mi mało. Po jakimś czasie obejrzałam drugi raz.

Teraz oglądam już kolejny raz wszystkie sezony od początku (jestem już mniej więcej w połowie) i za każdym razem przeżywam katharsis, dokładnie tak jak oglądałam to za pierwszym razem. I nie szkoda mi czasu. Bo dawkuje go sobie teraz bardzo rozsądnie. Czasem obejrzę kilka odcinków w tygodniu, czasem jeden na kilka miesięcy. Zazwyczaj biorę się za niego, jak mam gorszy dzień.

Trudno mi to ubrać w słowa. To po prostu trzeba przeżyć, tak jak przeżywam to ja.

I wiem, że to nie koniec. Wiem, że ten serial będzie mi towarzyszył przez całe życie, będzie towarzyszył moim dzieciom i ich dzieciom. Już ja się o to postaram!


 

Ciekawa tylko jestem, czy jeszcze kiedyś uda mi się znaleźć coś innego, co wzbudzi we mnie takie, bądź podobne odczucia. Szczerze, wątpię.

A Wy macie jakieś swoje ulubione produkcje, które powodują w Was takie emocje, jak nigdy nic innego?

Poznaj mój podcast

„W głąb siebie” – Dagmara Sobczak

Przejdź do podcastu

Zostaw komentarz