Kochana,
piszę do Ciebie, ponieważ już dawno niewypowiedziane słowa powinny zostać powiedziane na głos. Pamiętasz te czasy kiedy obie straciłyśmy wszystko? Przynajmniej to, co w tamtym momencie było dla nas wszystkim. Zostałyśmy same i poczułyśmy jak niewidzialna nić samotności, nierozerwalnie nas ze sobą wiąże. Już na zawsze. Czułyśmy, że możemy wzajemnie wypełnić swoją pustkę. Czułaś to? Ja czułam, że będąc z Tobą nic nie będzie takie straszne. Razem miałyśmy przezwyciężyć najtrudniejszy dla nas okres. Związał nas strach i poczucie osamotnienia. Ale nie tylko. Postawione w tej samej trudnej sytuacji widziałyśmy siłę we wsparciu, jakie możemy sobie wzajemnie ofiarować. Mimo początkowych niechęci sytuacja ta sprawiła, że od jednego momentu, w jeden dzień, stałyśmy się najlepszymi, nierozłącznymi przyjaciółkami. To tak można? Nie zadawałyśmy wtedy pytań. Byłyśmy inne. Z różnych światów. Twój był prosty, czarno-biały. Kręcił się wokół Ciebie i imprez. A mój? Pełen sprzeczności, pełen odcieni, analiz i tego co było, a co mogłoby być. Połączyłyśmy je. Nauczyłaś mnie żyć chwilą, cieszyć się z tego co jest teraz. Śmiać się i nie martwić o jutro. Weekendy spędzałyśmy po Twojemu. Na nocnych wypadach po knajpach, gdzie piłyśmy i tańczyłyśmy do utraty tchu i białego rana. Razem. Zawsze razem. Jak siostry. Próbowałam pokazać Ci kawałek mojego świata. Byłaś na kilku koncertach, pożyczałam Ci książki, pokazywałam sens w sztuce. Nie wsiąknęłaś w mój świat, tak jak ja w Twój. Nie byłaś tak otwarta jak ja. Ale nie naciskałam. Było mi dobrze. Naprawdę dobrze. Nie musiałyśmy być identyczne. Nasza relacja nie była idealna. Nie musiała. Wystarczyło jednak, że jesteś. Byłaś. Wspólne plany, noce na mieście, noce u Ciebie, wyjazdy, telefony, zakupy, spacery, płacze, przytulanie, śpiewy, tańce, śmiechy do bólu brzucha, filmy, znowu płacze, gorsze dni, spacery, gorsze dni, imprezy, lepsze dni. BUM.
Miłość.
Nie pamiętam, żebym zastanawiała się kiedykolwiek, czy miłość mogłaby pokonać naszą przyjaźń. A Ty? Nie szukałam miłości. Ty też nie. Żyłyśmy przecież z dnia na dzień. Byle przetrwać pracę do piątku, a potem cały weekend razem. Wspólnie. Jak siostry. Ale miłość przychodzi. Właśnie w takich chwilach. Kiedy wcale jej nie chcesz. Nie czekasz. Nie tęsknisz. Pojawia się i mówi „weź mnie”. I jakbyś się nie bronił. Nie dajesz rady. Nie wybierasz. Nie masz nic do powiedzenia. Przepadasz. Ale nasza przyjaźń przecież będzie dalej trwać. Ta osoba nie zmieni naszych uczuć do siebie. Nie zmieni. Prawda?
I żyliśmy. W trójkę. Ale zazdrość była silniejsza. Zazdrość o spędzany czas. O myśli. O zachowania. Bo wszystkie noce nie były już wspólne. Bo wszystkie imprezy nie były już tylko nasze. Bo telefon czasem był zajęty i milczał. Nie byłyśmy gotowe na osobę trzecią. Ani Ty. Ani ja. Dla każdej z nas była to sytuacja bez wyjścia. Nikt nas nie przygotował na pojawienie się obcej osoby w naszym świecie. Ale kto miał nas przygotować? Dlaczego nigdy o tym nie porozmawiałyśmy? Dlaczego nie było nas stać na to, aby przemyśleć co zrobimy, jak któraś z nas ponownie się zakocha? Bo nienawiść do wszystkich facetów nie trwa wiecznie. Niezależnie jak mocno podsycana przez tą drugą. Serce nie wybiera. Jak mogłyśmy tego nie wiedzieć? Jak mogłyśmy tego nie przewidzieć? Jedna rozmowa mogłaby zmienić cały bieg sytuacji, który się później wydarzył…
Dziś wycinasz mnie ze zdjęć. Z życia. Z myśli. Nie należę do Twojej rodziny. Ty do mojej też nie. Nie należymy nawet do swoich mniejszych społeczności. Nie należymy w ogóle. Co myśmy sobie zrobiły?
Nie chciałabyś zatańczyć jeszcze raz? Tak jak za dawnych czasów? Jakby świat nie istniał?
Ja bym chciała…
Są chwile, że bardzo tęsknię.
Kiedyś Twoja
_________________________
Może zainteresują Cię też inne wpisy?



